Państwo popierać będzie szeroki rozwój spółdzielczości. Inicjatywa prywatna wzmagająca tętno życia gospodarczego, również znajdzie poparcie państwa” – zapowiadali komuniści w manifeście PKWN. Już półtora roku później, 3 stycznia 1946 roku, wydano jednak ustawę o nacjonalizacji firm, które zatrudniały powyżej 50 pracowników. Upaństwowiono prawie 6 tys. przedsiębiorstw, z wyjątkiem firm budowlanych i sanitarnych. Gdyby tych ostatnich zabrakło na rynku, stanęłaby odbudowa kraju, o czym komuniści dobrze wiedzieli.
W czerwcu 1947 roku uchwalono trzy akty prawne, które rozpoczęły tzw. bitwę o handel. Pierwszy, „O zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym”, wprowadzał nakładanie domiaru, czyli kwoty wymyślonej przez urzędnika skarbowego, często przewyższającej wartość prowadzonego interesu. Drugi akt, „O obywatelskich komisjach i lustratorach społecznych”, tworzył grunt do powstania armii kontrolerów – w szczytowych okresach w PRL należało do niej prawie 100 tys. osób! Z kolei trzeci akt wprowadzał zezwolenia na prowadzenie firm handlowych i budowlanych. Nie można już było tak po prostu założyć firmy, trzeba było mieć zezwolenie. A to władza dawała w ostateczności, chyba że swoim zaufanym ludziom. Powołano też specjalne Biuro Cen, które ustalało marże i wysokość opłat. Urzędnicy często brali ceny z sufitu, więc bywały niższe od kosztu wytworzenia towaru. Za nieznaczne przekroczenie odgórnie ustalonego cennika groziło pięć lat więzienia
Rozpoczęła się nagonka na przedsiębiorców. Właścicieli sklepików, restauracji, warsztatów i punktów usługowych – czyli podmiotów, których nie obejmował dekret nacjonalizacyjny – zmuszono szantażem i nieustannymi kontrolami do przekazania swoich interesów państwu.
W najlepszym razie dotychczasowi właściciele przekazywali przedsiębiorstwa i nieruchomości państwowej firmie, a ta zatrudniała ich jako kierowników na państwowych posadach. Tak było na przykład z restauracją Franciszka Ślęzoka w Piekarach Śląskich. Ślęzok pogodził się z losem i kierował knajpą do końca życia, do 1973 roku. Zyski zagarniała państwowa firma i wypłacała czynsz właścicielowi kamienicy, jednocześnie swojemu pracownikowi. Owa suma wystarczała ledwie na łatanie papą dziur w dachu. W efekcie bitwy o handel w całym kraju liczba sklepów spadła ze 134 tysięcy w 1947 roku do 78 tysięcy dwa lata później.
W latach 1948-1955 władze zabrały się do uspółdzielczania wszystkich warsztatów rzemieślniczych. Przestawano wydawać karty rzemieślnicze, które upoważniały do wykonywania zawodu. Aby wszystko było lege artis, wykorzystywano w tym celu dekret naczelnika państwa z 18 grudnia 1918 r. o zarządach przymusowych nad rzemiosłem. W latach 40. i 50. kilkanaście tysięcy drobnych przedsiębiorców przewinęło się przez stalinowskie więzienia i obozy. Uprzykrzano także życie rodzinom rzemieślników i przedsiębiorców – dzieci nie były przyjmowane na studia, synów przymusowo wcielano do armii. W 1949 roku wydano rozporządzenie, na mocy którego każdy poborowy mógł zostać wysłany do kopalni węgla albo uranu. Właśnie na tę niewolniczą pracę skazywano często synów rzemieślników, kupców i majętnych gospodarzy wiejskich.
Ale komuniści nie mogli upaństwowić albo zamknąć wszystkich małych zakładów, ponieważ na rynku brakowałoby wielu rzeczy codziennego użytku – takich jak grzebień czy nożyczki, o ubraniach nie wspominając. Trzeba było tolerować prywatnych krawców i szewców, bo bez ich usług nawet władza nie mogłaby funkcjonować: towarzysze z MSZ nie chcieli wyjeżdżać na placówki w butach z państwowych fabryk. Prywatni fachowcy, zwietrzywszy interes, prowadzili spore warsztaty często pod płaszczykiem zwykłych punktów usługowych. Tak było np. w przypadku łodzianina Eliezera Grynfelda. Po wojnie prowadził ze wspólnikiem warsztat kaletniczy, w którym na dużą skalę wyrabiano modne torebki. Ale zyskami trzeba się było dzielić z milicją i kontrolerami. – Dawaliśmy im w łapę sporo, lecz ciągle się baliśmy, że wszystko się wyda i trafię do jakiegoś obozu pracy, bo krąg wtajemniczonych był szeroki.Nocami śniło mi się, że wywożą mnie na Sybir – wspomina dzisiaj Grynfeld. W 1956 roku, kiedy polskim Żydom masowo wydawano paszporty, zamknął interes i wyjechał do Izraela.
Z dojściem do władzy Gomułki ludzie biznesu w Polsce wiązali duże nadzieje. 21 października 1956 r. Komitet Centralny PZPR podjął uchwałę nakazującą stwarzanie warunków powstawania drobnych zakładów, które miały zarzucić rynek brakującymi towarami. W uchwale zastrzeżono, że „wzrost masy towarów” i „urozmaicenie asortymentu” musi się odbywać „bez uszczuplenia zasobów surowcowych państwowego i spółdzielczego przemysłu”. Prywatny biznes musiał zaopatrywać się na wolnym, czyli czarnym rynku, bo oficjalne przydziały surowców były małe, a resztę państwo niejednokrotnie kazało kupować za dewizy.
Odwilż była jednak krótka i już pod koniec lat 50. zaczęto znowu przyduszać małych kapitalistów. Wprawdzie w kronikach filmowych nie epatowano tak jak w latach stalinowskich zdjęciami starszych kobiet spekulantek prowadzonych w kajdankach jak groźnych przestępców, jednak prasa przedstawiała prywatnych przedsiębiorców jako typy mało sympatyczne – nieprzypadkowo do dziś mówi się o gomułkowskim stereotypie prywaciarza. Przedsiębiorcy robili wszystko, żeby przetrwać. Dawali łapówki i wstępowali do partii, teoretycznie mieli swoje przedstawicielstwo polityczne, Stronnictwo Demokratyczne, fasadowego satelitę PZPR. Ale jego legitymacja niewiele znaczyła.
W latach 60. nic się nie zmieniło w kwestii ustawodawstwa wobec prywatnych przedsiębiorców – ciągle można było zatrudnić tylko jednego pracownika (tylko w niektórych zawodach trzech). Trochę lepiej było w czasach Gierka – bo sam I sekretarz miał obsesję zwiększania mocy produkcyjnych i wiedział, że bez drobnych wytwórców socjalistyczne zakłady nie dałyby rady. Fabryki butów nie zaspokoiłyby popytu, gdyby nie rzemieślnicy wyrabiający plastikowe obcasy, zakłady odzieżowe nie wypuściłyby partii koszul czy kurtek, gdyby nie wytwórcy i importerzy guzików i zamków błyskawicznych.
To była najlepsza metoda na przetrwanie: usadowić się w jakiejś niszy, do której nie opłacało się sięgać państwowym molochom. Bezpośrednia konkurencja z komunistycznym przemysłem mogła się źle skończyć. Doświadczył tego Marian Krupa, rolnik z Tomaszowa Lubelskiego, który wypalał cegły tańsze niż oferowane przez zakłady państwowe. W 1974 roku nałożono na niego astronomiczną sumę 750 tys. zł domiaru, co stanowiło wartość kilkuletniej działalności.
Gdy pod koniec ery Gierka nadszedł kryzys, władza odpuściła nieco prywaciarzom. Wiosną 1977 roku weszła w życie ustawa, która pozwoliła na otwieranie zakładów rzemieślniczych bez wymaganych tytułów czeladnika i mistrza. Z kolei lata 80. stały pod znakiem turystyki handlowej – władza zezwalała na wyjazdy po demoludach, aby rozładować napięcie społeczne związane z kryzysem gospodarczym.
Domiar stosowano rzadko, bo prywaciarze byli ratunkiem dla budżetu państwa – w 1980 roku wytwarzali ponad 15 proc. dochodu narodowego, a sześć lat później już prawie 20 proc. W pobliżu większych miast powstawały całe dzielnice zaludnione przez handlarzy i drobnych wytwórców, jak np. Łomianki pod Warszawą czy Tarnowo Podgórne pod Poznaniem. Po stanie wojennym komunistyczna władza przygotowywała projekt nowego ładu gospodarczego, którego zapowiedzią były firmy polonijne. Ich właścicielami byli ludzie związani ze służbami specjalnymi PRL bądź akceptowani przez funkcjonariuszy reżimu. Prawdziwym końcem socjalizmu był jednak dzień 23 grudnia 1988 r. Uchwalona wtedy ustawa o wolności gospodarczej była niezwykle liberalna – opierała się na prostej zasadzie, że wszystko, co nie jest zakazane, jest dozwolone.
Przedsiębiorcy – niezależnie od opcji politycznej – do dzisiaj uważają okres, który ten akt zapoczątkował, za czas prawdziwej wolności gospodarczej. Sam twórca ustawy, min. Mieczysław Wilczek, wynalazca proszku IXI, właściciel kilku zakładów przetwórstwa mięsnego i jeden z najbogatszych ludzi w PRL, w nowej rzeczywistości po 1989 roku nie odniósł sukcesu w biznesie.
Podobnie nie poradziło sobie wielu prywaciarzy, którzy przyzwyczaili się do życia w małych układach, nie nawykli o szukania nowych rynków zbytu i ciągłego wymyślania swojego biznesu na nowo. Paradoks polegał na tym, że socjalizm deprawował także najbardziej żywotną, wrogą systemowi część społeczeństwa.
Komuniści mogą zawrzeć swą teorię w jednym zwrocie: zniesienie własności prywatnej” – napisali przed 150 laty autorzy „Manifestu komunistycznego”. Upaństwowienie gospodarki nie jest skomplikowanym zadaniem. Bolszewikom udało się to zrobić…
Religie zajmują się kwestiami ekonomicznymi, bo zajmują się nimi ludzie – tłumaczy prof. Zbigniew Pasek, religioznawca. – A szukając autorytetu, ludzie sięgają w zaświaty.Wpływ religii na zachowania ekonomiczne swych wyznawców…